| Napisany przez Wojtek Wanat,
z 05-09-2011 12:28
|
Odsłon : 140 |
Zarządzanie w mikroskali Czym różni się zarządzanie budżetem rodziny i miasta? Poza skalą, różnica w zasadzie powinna być niewielka. Szczególnie, jeśli budżet jest napięty, trzeba uważnie przyjrzeć się każdej wydanej złotówce. Jest też skala pośrednia – wspólnota mieszkaniowa. Przyjrzyjmy się jednej z milanowskich wspólnot. Jestem jej mieszkańcem, więc obraz jest w jakimś stopniu subiektywny. W kwietniu wysłałem maila do pani Marii Chilińskiej z pytaniem, kiedy nasze budynki zostaną przyłączone do sieci kanalizacyjnej, bo przecież rok temu położono rurę a my dalej musimy płacić za ścieki komunalne jak za przemysłowe. Pani uprzejmie wyjaśniła, że taka jest technologia i zwyczajnie potrzeba czasu i działań. A na koniec wyraziła zdziwienie, że płacimy za nasze ścieki jak za przemysłowe, wystarczyłoby napisanie kilku pism do odpowiednich jednostek miasta. Policzmy: w tej chwili różnica pomiędzy ceną ścieków komunalnych i przemysłowych wynosi 1,32 zł. Mogę tylko oszacować, że w skali wspólnoty rocznie zużywane jest około 10.000 m3 wody i tyle samo spływa ścieków. A więc wspólnota, dokładnie rzecz biorąc jej mieszkańcy, tracą rocznie 13 tys. zł. Mało? A jeśli pomnożymy to przez osiem lat funkcjonowania aktualnego zarządu wspólnoty, wyjdzie ponad 100 tys. zł. Oszacowanie jest zdecydowanie zaniżone.
Ale te drobne 100 tys. to jedynie wycinek radosnej działalności lokalnych włodarzy. Popatrzmy na inne szczegóły. Dwa lata temu kontrola stanu budynków wykazała na tyle znaczące łamanie przepisów przeciwpożarowych, że dwa z czterech budynków zostały wyłączone z użytkowania. Koszt odwołania w wysokości 60 tys. zł ponieśli lokatorzy, koszty remontów, które tak czy inaczej trzeba było wykonać, to około 200 tys. zł. Najprawdopodobniej, gdyby te remonty rozłożyć w czasie, wyszłoby mniej. Winni zaniedbań i strat wspólnoty pozostają nieznani, nikt z zarządu nie próbował szukać osób odpowiedzialnych za straty, a przede wszystkim za doprowadzenie budynków do stanu, w którym mieszkanie w nich mogło być niebezpieczne. Czemu nie dbano o przestrzeganie przepisów? Jak powiedział w prywatnej rozmowie jeden z członków zarządu, „liczyliśmy że jakoś to będzie, tyle lat się udawało”. I dalej liczą, że jakoś to będzie – dwa większe budynki nie mają nawet dokumentacji budowlanej. Obowiązek jej odtworzenia nakłada na wspólnotę art. 29 ustawy o własności lokali. Kolejny raz może okazać się więc, że nie musi jakoś tam być. Zarząd walczy za to z patologią – kiedy w poprzedniej kadencji radna Katarzyna Słowik wyszła z propozycją stworzenia w lokalach wspólnoty świetlicy terapeutycznej, deklarując przeznaczenie 35 tys. zł na remont lokalu i pomoc w pozyskaniu środków na opłacenie specjalistów, została zbyta. Zarząd nie był zainteresowany tym, żeby dzieci i młodzież zamiast na korytarzach, spędzali czas w świetlicy pod opieką specjalistów. Zróbmy bilans efektów działań Zarządu. Wspólnota została przejęta w miarę dobrej kondycji finansowej, po sporej inwestycji. W ciągu ośmiu lat starań lat Zarządowi udało się: Uniknąć jakichkolwiek poważniejszych inwestycji prowadzonych z własnej inicjatywy. Sprawić, że dwa budynki zagrożone były wyłączeniem z użytkowania i spowodować w ten sposób spore straty. Nie odtworzyć dokumentacji budowlanej dwóch (czyli połowy) budynków. Uniemożliwić otworzenie miejsca dla dzieci i młodzieży. Doprowadzić wspólnotę do granicy bankructwa. Trudno powstrzymać się od stwierdzenia – Polak potrafi. Bym zapomniał – rzecz tyczy się osiedla znanego jako Berliny, dawniej budynków zakładowych MIFAM-u. Nazwy oficjalnej nie jestem w stanie przytoczyć, zresztą nie warto, bo i tak nikomu z niczym się nie kojarzy. Wojtek Wanat |
|
|