| Napisany przez Krzysztof Czuma,
z 01-06-2008 01:00
|
Odsłon : 3628 |
W marcowym numerze "Bibuły Milanowskiej" p. Karol Wójcik podjął próbę opisania sprawy Elżbiety i Wiesława Drzewińskich dążąc do odarcia wydarzenia z legend i pokazania faktów. W moim przekonaniu, mimo dobrych chęci, nie zdołał osiągnąć deklarowanego celu.
Zaginięcie Kluczowym zagadnieniem tej niesamowitej historii jest odpowiedź na pytanie o los małżeństwa Drzewińskich. Indagowana przez dziennikarzy prokurator Krystyna Paszek na jednym oddechu wypowiada dwie tezy. Po pierwsze, że Prokuratura rozważa "różne wersje". Po drugie, że Wiesław Drzewiński był podejrzany w toczącym się postępowaniu karnym. Przejrzysta sugestia kryjąca się za taką odpowiedzią wprowadza odbiorcę przekazu w ewidentny błąd. W rzeczywistości bowiem zarówno Policja jak i Prokuratura dysponują tylko jedną opartą na faktach hipotezą - porwania. Wszelkie inne wysnuwane domysły dowodzą wyłącznie bogactwa pomysłowości ich autorów i nie przedstawiają większej wartości niż przypuszczenie, że Drzewińscy odlecieli z UFO na Marsa. W szczególności niezbyt uczciwa sugestia o możliwej ucieczce Wiesława Drzewińskiego przed wymiarem sprawiedliwości jest o tyle niewiarygodna, że groziłby mu co najwyżej wyrok w zawieszeniu, a i to dopiero po znalezieniu solidnych dowodów winy. Trudność w ustaleniu prawdy wynika ze szczupłości pewnych faktów. Elżbieta Drzewińska wyszła 8 października 2006 roku z domu przy ulicy Dębowej 11 około godziny 9.40 z zamiarem udania się do kościoła św. Jadwigi. Do kościoła nie dotarła. W tym samym czasie świadek idący ulicą Dębową w kierunku ul. Piłsudskiego zaobserwował napaść i porwanie nieznanej sobie kobiety. Tę samą scenę porwania kobiety zaobserwowali dwaj kierowcy, w wyniku czego jeden z nich zwolnił, a drugi przez nieuwagę uderzył w samochód pierwszego. Rok później, 13 października 2007 roku Wiesław Drzewiński pospiesznie opuścił mieszkanie przy Dębowej. Nie wiadomo, czy zrobił to dobrowolnie, czy pod wpływem przemocy. Wiadomo natomiast, że ślad po nim zaginął. W ramach weryfikacji fantastycznych hipotez Policja ustaliła, że zaginieni nie kontaktują się z rodziną, nie wybierają oszczędności ze swoich rachunków, nie pojawili się w należących do nich nieruchomościach, nie używają własnych telefonów i nie przekroczyli granic Polski. Żadne z nich nie zostało rozpoznane wśród żyjących osób i znalezionych ciał o nieustalonej tożsamości. Nie są znane żadne racjonalne powody, dla których małżonkowie mieliby się ukrywać bądź izolować od synów i reszty rodziny. Niedostatek pewnych faktów narzuca pytanie o cel domniemanego działania innych osób. Przywołując starą rzymską zasadę zapytać się musimy: cui bono? Ten jest najpewniej winien zbrodni, komu ona miała przynieść korzyść. Patrząc na wydarzenia z tej perspektywy widzimy cały szereg osób, które na zaginięciu Drzewińskich poniosły rozmaite straty. Ale widzimy też jednego człowieka, który wymiernie na tym zyskał i zyskuje nadal. Willa "Chimera" Nieruchomość przy Dębowej Wiesław Drzewiński otrzymał od swojego stryja Wiktora. Niestety prezent obciążony był nieproszonym Lokatorem, któremu - według przydziału kwaterunkowego - przysługiwało prawo do zajmowania części parteru. Lokator ów nie tylko zajął przydzielone przez władze miejskie pokoje, lecz także rozszerzył swój stan posiadania na cały parter. Ponadto nielegalnie zbudował na cudzej nieruchomości dwa garaże, parkował na cudzym gruncie wielkie ciężarówki i przebudował cudzy płot. Jednym słowem - czuł się jak u siebie w domu. Wszystkie te działania cieszyły się życzliwym przyzwoleniem władz miejskich. Protestowała natomiast Irena Marynowska, administrująca budynkiem w imieniu swojego krewnego Wiktora Drzewińskiego. Głos przedstawicielki "kamienicznika" nie cieszył się zainteresowaniem socjalistycznych władz Milanówka, szczególnie, że owa "klasowo obca" osoba skarżyła się na syna sekretarza POP PZPR w milanowskim Mifamie. Na pożółkłych karteczkach starsza pani opisuje iście rewolucyjne metody postępowania Lokatora: w dniu 1 czerwca 1984 r. do mieszkania mego wtargnął (...) podając się za listonosza. Po zamknięciu drzwi, kiedy zaczęłam krzyczeć wykręcił mi szyję i zmusił do podpisania oświadczenia, że wyrażam zgodę na postawienie garażu (...) Nadmieniam, że (...) zagroził mi, że o ile będę dochodziła swoich spraw, to mnie zamorduje. Jak widać, Lokator potrafił twardą ręką traktować oporne kobiety. Nauczył się tego znacznie wcześniej. Już w 1970 roku wspólnie z kolegami zgwałcił jedną z mieszkanek Milanówka i został za to skazany na kilka lat więzienia. W tym stanie rzeczy Wiesław Drzewiński w 1987 roku otrzymał nieruchomość od swojego stryja. Natychmiast zwrócił się do Lokatora o opuszczenie budynku i zapłatę zaległego czynszu, ale - oględnie ujmując - spotkał się z odmową. Uporczywe nalegania przerwał zamaskowany osobnik, który - odwiedziwszy Drzewińskiego na warszawskim Targówku - w prostych słowach zniechęcił go do dalszych wizyt w Milanówku i na poparcie swojej rady uderzył właściciela "Chimery" pięścią w twarz. Na takie dictum Drzewińscy przezornie postanowili odczekać z roszczeniami na przywrócenie rządów prawa w Polsce. Częściowo w oczekiwaniu na zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, a częściowo na skutek problemów z mieszkaniem w Warszawie, Drzewińscy sprowadzili się na Dębową w sierpniu 2005 roku, podstępem uzyskując dostęp do pierwszego piętra. Ich przybycie nie wzbudziło entuzjazmu Lokatora. Do tego momentu Wiesław Drzewiński był nominalnie właścicielem, ale nie władał swoją własnością. Teraz przy pomocy sztuczki uzyskał kontrolę nad kawałkiem budynku. Dla obu stron było oczywiste, że Lokator podejmie bój o utrzymanie stanu posiadania, a Wiesław Drzewiński dążyć będzie do odzyskania swojej własności. Po dwóch latach konfliktu możemy mówić o knockoucie. Lokator Lokator mówi ciepłym, uspokajającym głosem. Delikatnie odciąga rozmówcę od kwestii drażliwych w kierunku łagodnych i kojących wizji. W taki sam sposób lekarz psychiatra wprowadza pacjenta w stan hipnozy. Nigdy nikogo nie zgwałcił i nie został skazany. W odpowiedzi na pytanie, jak mógł zapomnieć o kilkuletnim pobycie w więzieniu, delikatnie przypomina, że w tamtym systemie zapadały niesprawiedliwe wyroki. Ale wyrok - z braku dowodów - uniewinniający od zarzutu pobicia Ireny Marynowskiej uznaje za bezsporny dowód własnej niewinności, mimo że też zapadł w tamtym systemie, a ofiara do końca życia upierała się przy swoich oskarżeniach. Pytany o Drzewińskich Lokator wyraża kojące przypuszczenie, że odpoczywają gdzieś w spokojnym klasztorze albo w ostateczności w ciepłej Afryce. Taką dobroduszną wizję łatwiej i przyjemniej zaakceptować, niż widok ludzkich zwłok zakopanych w okolicznych lasach. Chronią i Służą Przebrnięcie dokumentacji konfliktu między Drzewińskimi a Lokatorem nasuwa poważne wątpliwości, czy aby na pewno Milanówek znajduje się w granicach Rzeczypospolitej, a nie na terenie jednej z bananowych republik. Dostępne dane świadczą, że Drzewińscy byli zastraszani, nękani, prześladowani i bici. Niszczono ich mienie i kwestionowano oczywiste tytuły własności. Funkcjonariusze Policji, którzy potrafią z takim poświęceniem czaić się w krzakach z radarem, tym razem ignorowali najoczywistsze przypadki naruszania prawa, a Prokuratura w Grodzisku Mazowieckim energicznie spławiała uciążliwych petentów, namolnie domagających się ochrony ich słusznych interesów. I tak - przykładowo - zainteresowania Policji nie wzbudził fakt, że Lokator odciął właścicielowi nieruchomości wodę i zniszczył skrzynkę pocztową przymocowaną na płocie, mimo że Kodeks Karny oba te czyny zalicza do przestępstw zagrożonych karami więzienia, a nie skromnym mandatem za nadmierną prędkość. Co gorsza, organy ścigania podjęły nieudaną próbę przypisania Wiesławowi Drzewińskiemu przestępstwa fałszowania dokumentów. Symbolem tragikomizmu tej sytuacji jest funkcjonariusz, który dopatrzył się jakiegoś "efektu moro" na xeroodbitce, a nie potrafił zobaczyć olbrzymich siniaków na twarzy Elżbiety Drzewińskiej. Sprawa Drzewińkich cd. Pozostaje wyrazić nadzieję, że zaskakujące wady wzroku milanowskich policjantów staną się przedmiotem troski Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. Na osobną uwagę zasługuje też kuriozalna decyzja organów ścigania o zakwalifikowaniu ewidentnego porwania Elżbiety Drzewińskiej jako zaginięcia, mimo zeznań trzech niezależnych świadków. W obliczu takich absurdów trudno powstrzymać się od doszukiwania się iuntcim pomiędzy aktualnymi decydentami a przewijającym się w sprawie dawnym pracownikiem PRLowskich "organów", najwyraźniej związanym z Lokatorem. Ślady Dopiero po interwencji poselskiej w styczniu 2008 roku Policja poważnie zainteresowała się losem Drzewińskich. Dochodzenie prowadzone (właściwie: nie prowadzone) przez komisariat w Milanówku przejął Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstwami Komendy Stołecznej, cieszący się sławą jednostki kompetentnej. Niestety upływ czasu zamazał szereg śladów. Być może powtórzy się historia nieudolnego śledztwa w sprawie zabójstwa rzecznika "Solidarności" w Ursusie, Andrzeja Krzepkowskiego i teczki zostaną odłożone ad acta, mimo że mordercę z imienia i nazwiska wskazał przed laty jeden z ówczesnych posłów. Przyszłość pokaże, czy Policji i Prokuraturze wystarczy inteligencji, determinacji i śladów do wyjaśnienia całej sprawy. Krzysztof Czuma |
|
|
Artykuł Wójcika to szczyt tendencyjności
Napisany przez: kota () z 19-01-2010 21:54