Aktualności

Metropolis adieu?

Drukuj
Jan Orgelbrand

WP 20170530 15 55 02 ProNie tak dawno wielkie poruszenie wywołał projekt ustawy o metropolii warszawskiej, który niby nieznany meteor spadł nagle na kilka milionów mieszkańców Warszawy i jej okolic. Projekt wywołał znaczne zakłócenia atmosferyczne, a mianowicie medialną i samorządową burzę.

W tej sprawie odezwały się liczne głosy, z których wynikało, że projekt jest niesłuszny, niedobry i nie powinien być wdrożony. Atmosferę podsycała świadomość, że władza centralna, tak jak ma to w zwyczaju, zgromadzi się nocą i uchwali ustawę, korzystając z pory odpoczynku suwerena. Wreszcie projekt upadł. No, może niezupełnie upadł, został tylko zdjęty z porządku obrad, co nie znaczy, że nie kołacze się gdzieś po strapionej głowie naczelnika.
Skoro ustawa poległa, to można zastanowić się już spokojnie, jakie były przyczyny tak bezprecedensowego, zmasowanego i spontanicznego oporu tylu środowisk.
Naukowa definicja metropolii jest dość skomplikowana, z grubsza rzecz ujmując jest to spójny funkcjonalnie wielkomiejski układ wielu miejscowości i terenów o wysokim stopniu zurbanizowania, powiązanych funkcjonalnie i ekonomicznie. Na obszarze metropolitalnym skupiają się funkcje wyższego rzędu: ekonomiczne, naukowe i kulturalne.
Mówiąc prościej, metropolia składa się z dużego miasta i jego okolic, gdzie mieszkają ludzie pracujący, uczący się, korzystający z oferty handlowej i kulturalnej tego miasta. Niektórzy okolice te nazywają „sypialniami miasta”. Bez wątpienia Warszawa jest miastem metropolitalnym, a jej okolice żyją w ogromnej mierze z Warszawy i dla Warszawy.
Zadaniem lokalnych władz, zarówno miasta-centrum i miejscowości w jego orbicie jest zatem współpraca, w wyniku której powstaje np. wspólna sieć transportowa, wspólna polityka przestrzenna, środowiskowa, oświatowa itp. Taka współpraca wymaga oczywiście instrumentów prawnych, ale żadna ustawa nie ma właściwości magicznych, aby z samego faktu jej uchwalenia nastąpił cud współpracy. Doświadczenia wielu większych od Warszawy miast pokazują, że metropolie powstają przez dziesiątki lat i te wzajemną powiązania
i zależności tworzą się latami, często metodą prób i błędów, na zasadzie małych kroków.
Nieszczęsny projekt tzw. ustawy Sasina (tak się przyjęło nazywać ten potworek legislacyjny) hurtem i gwałtowanie tworzył megapowiat warszawski obejmujący i miasto stołeczne i 32 okoliczne gminy (po pewnym wahaniu również Wolne Księstwo Podkowiańskie). Zatem w skład metropolii warszawskiej wchodziłby warszawski Zamek Królewski, Łazienki i milanowska ulica Kadowska, gdzie spokojnie rośnie sobie zboże i rżą konie. Wspólny powiat od Grodziska do Wołomina, od Wieliszewa do Góry Kalwarii, to byłby dość trujący koktajl dla każdego, kto musiałby zarządzać takim mikstem.
Pierwszym pytaniem, które się nasuwa jest: dlaczego wymyślono megapowiat, a nie, co byłoby nieco logiczniejsze – województwo warszawskie, takie, jakie było od 1976 do 1998 roku. Odpowiedź jest prosta: to znowu przez Unię, która wciąż kole w oko nowej władzy. Po prostu pieniądze z unijnych funduszy, regionalne programy operacyjne są przydzielone województwom w dotychczasowym kształcie i by przepadły, nie ma bowiem możliwości renegocjowania kontraktów regionalnych.
Szczytny cel ustawy Sasina, (tak szczytny, że nie został publicznie ujawniony przez autorów) to nie było zbudowanie powiązań metropolitalnych (tego się żadną ustawą nie da zrobić, bo to żywa tkanka rzeczywistości), lecz przejęcie władzy politycznej przez rządzące dziś ugrupowanie, które w Warszawie nie sprawuje władzy, natomiast opozycja cieszy się tu poparciem.
W miejscowościach okólnych różnie bywa, głównie rządzą tam tak zwani lokalsi, czyli komitety wyborcze mieszkańców, niekiedy będące zasłoną dla ugrupowań politycznych, niekiedy autentycznie reprezentujące stowarzyszenia mieszkańców. Jednak wymyślono, że tak zorganizowana suma wyborców może dać im władzę w Warszawie.  
Na ołtarzu tego krętactwa politycznego została położona suwerenność podwarszawskich gmin. I tego już było za dużo. Powstał autentyczny ruch protestu, objawiający się nie tylko głosami oburzenia, ale też referendami, z których najbardziej spektakularne były referenda w Legionowie i Nieporęcie, kończące się miażdżącym wynikiem dla autorów projektu.
Co wywołało tak stanowczy odruch protestu, przekraczający różnice polityczne i światopoglądowe? Przez ćwierć wieku samorządu terytorialnego w Polsce została zbudowana autentyczna podmiotowość mieszkańców gmin. Hasło „małych ojczyzn” stało się rzeczywistością, a lokalny patriotyzm wspomożony przez unijną kasę pozwolił zmienić nie do poznania zapyziałe przecież nie tak dawno miejscowości stołecznego obwarzanka. I to jest bodaj najważniejsza wartość dodana III Rzeczypospolitej.
Zamach na podmiotowość samorządu (rozumianego jako wspólnota mieszkańców, a nie władzę wywołał tak silną reakcję. Pokazał równocześnie, jaką Polskę projektuje nam Prawo i Sprawiedliwość. Polskę rządzoną centralnie, z fasadowymi instytucjami demokracji. Chciałoby się zacytować, za Prezesem z „Ucha Prezesa” - żeby było, jak było.   
I dlatego ten niespokojny znak zapytania w tytule felietonu.
Dlatego z niepokojem dowiedziałem się, ze 8 maja Rada Miasta odwołała referendum w sprawie obecności Milanówka w Warszawie, ponieważ projekt ustawy zagrażającej naszej samorządności nie jest obecnie przedmiotem prac legislacyjnych”. Źle się stało. Władza centralna nie powiedziała ostatniego słowa, a do wyborów samorządowych wiele sejmowych nocy przed nami. Obyśmy się nie obudzili w rzeczywistości, jakiej nie chcemy. Obyśmy nie musieli cytować „Wesela” – miałeś róg, ale został ci się ino sznur…
Siedzenie okrakiem na barykadzie nie jest wygodne, ani bezpieczne.
Jan Orgelbrand

Monday the 26th. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Professional Joomla Templates - 888 Poker Review